Urodzinowy projekt Wierzbówka!

Jak część z Was zauważyła wpisy na blogu pojawiają się łagodnie mówiąc, sporadycznie…. Postanowiłem sobie, że od września będę pisał regularnie… ale nie ma co zwlekać i piszę już teraz. Od początku lipca znowu mieszkam w Poznaniu… no nie ukrywam, jest ciężko… Czuje się w tym mieście paskudnie. Zagonieni smutni ludzie, bloki przysłaniające horyzont, wszędzie beton i duchota. Miasto to zupełnie nie mój świat, ale cóż… Poznań stał się moją bazą wypadową.

Ani się nie spostrzegłem, nadszedł sierpień. Zmieniam kartę w kalendarzu, na ten miesiąc Hala Gąsienicowa cała pokryta w wierzbówce. Westchnąłem do moich kochanych Taterek i gdzieś polazłem, nie pamiętam gdzie… a nie, pamiętam! Poszedłem do roboty, to był to pierwszy dzień w nowej poznańskiej pracy. Robota fajna, ale już od pierwszego dnia kombinowałem jakby tu urwać się w Taterki. Z każdym dniem dochodziło argumentów, za wyjazdem. 9 sierpnia przypadały moje urodziny, księżyc miał być w nowiu (pięknie widoczna droga mleczna), wierzbówka w tym roku miała wyjątkowo wcześnie zakwitnąć… no i moja Ola od 8 sierpnia miała urlop. Widzicie, że no nie dało się… nie jechać. Na wyjazd udało mi się wygospodarować 3 dni – środę, czwartek, piątek – w sobotę musiałem być w Poznaniu.

Wyruszyliśmy w środę rano w planie było dojechać nad Przełom Białki i wejść na Obłazową Skałę. Trasa przebiegła spokojnie i po naszej myśli. Jednak co dwóch kierowców to nie jeden. Szybko zleciało, baa załapaliśmy się nawet na babcie parkingową, która z uśmiechem na ustach skasowała od nas 4zł za postój 🙂 Weszliśmy na Obłazową i podjadając różne smakołyki oczekiwaliśmy na zachód słońca. Liczyłem, że po zachodzie niebo nad tatrami zapłonie na czerwono i…

 Widok z Obłazowej Skały na Tatry

… się przeliczyłem. Niebo poszarzało, zaczęło się robić ciemno, ale ta miejscówka broni się nawet bez specjalnego światła. Wyciągnęliśmy się na karimatce i zaczęliśmy liczyć gwiazdy. Z każdą chwilą ranga naszego hotelu zaczęła wzrastać. W dole zapłonęły ogniska malowniczo oświetlając okolicę. Cisza, spokój, przyjemny chłodek… wtem nagle pojawiły się mrówki giganty! Może nie w jakiejś wielkiej liczbie, ale były ogromne. No dobra, na początku była jedna… ale była naprawdę spora i czasem pojawiły się jej koleżanki. W sumie nie ma się co dziwić – tak to jest jak się trzyma i spożywa jedzenie w miejscu noclegu. Kiedyś ten błąd popełniłem w harcerstwie na robinsonadzie…  no nic… pozostało zejść do auta i spróbować się troszkę kimnąć. W sumie to i tak zaczęło robić się chłodno, i nieprzyjemnie.

W dzień nie szukaj gwiazd. One nocą są…

… Tobą, mną… Kiedy wszycy spią xD

Spanie w aucie, na przednich siedzeniach nie należy do najwygodniejszych. W zasadzie to nie spaliśmy, bo każdy wyginął się i tarmosił. Co prawda Ola widziała jak spałem, ja widziałem jak spała Ola… ale oboje twierdzimy, że nie spaliśmy. No i w sumie to obudził nas samochód, który zaparkował obok, ale… no cóż, nie ma co drążyć. Z auta, wyskoczyła postać z coca colą w dłoni. Był to Piotr Gołebiak – autor kalendarza z wierzbówkami, o którym pisałem na początku. Przypadek? A gdzie tam, byliśmy umówieni!
Zaczynało świtać, więc ruszyliśmy na Obłazową. Wschód nie zapowiadał się jakoś szczególnie, ale ku naszej uciesze przywiało delikatne chmurki i ogólnie zrobiło się bardzo ładnie. Postanowiłem zejść troszkę niżej by złapać ciekawy skalny grzebień na pierwszym planie, a także zastosować technikę panoramy by szerzej przedstawić piękno okolicy. Zresztą co się będę rozpisywał, sami zobaczcie jak było:

Nikon d750, N:18-35 3,5-4 D: ISO 200, 18mm, 1/160sekundy, f3.5 – 4 pionowe kadry, bracketing 3x1EV.

Nikon d750, N:105mm 2,8: ISO 100, 105mm, 1/250 sekundy – Słońce wyłaniające się z za Lubania.

No, także tego… było ładnie. Nie pamiętam co się stało, że nie sfotografowałem Tatr, ale widocznie nie było ich widać. Około godziny 7 rano zeszliśmy do auta i pojechaliśmy do Zakopanego na „nocleg”. Z tym noclegiem też były jaja, bo wrąbaliśmy się na Tour De Pologne… ale no w końcu się udało. Dojechaliśmy, wyspaliśmy się i o 13 ruszyliśmy dalej. Nadszedł czas upolować wierzbówkę! Ale!!! Wcześniej obiad w barze regionalnym na Zamoyskiego – nigdzie nie ma tak dobrych schabowych jak tam (no chyba, że w Sądzie – tam też są dobre, ale dalej). Podjedliśmy i ruszyliśmy na szlak do Gąsienicowej… w deszczu. Miałem lekki kryzys, czy to ma wszystko sens, ale Oluś była dzielna, więc nie było pretekstu by odpuszczać. To poszliśmy, a co! Z każdym kwadransem padało mniej idąc przez Boczań dosłownie przeganialiśmy burzę.

Nikon d750, N:18-35 3,5-4 D: ISO 100, 18mm, 1/4000 sekundy – 4 pionowe kadry

Gdy dotarliśmy do Hali Gąsienicowej prawie zupełnie się rozpogodziło. Światło rozproszone przez chmury było delikatne i miękkie. Na Hali panował bajkowy klimat. No ale zaraz… czegoś mi tu brakuje. Nie ma wierzbówki! Tzn. jest, ale malutko – większość przekwitła, albo jeszcze nie zaczęła. Trafiliśmy dokładnie po środku niczego. Kilka dni temu było jej zdecydowanie więcej… Nie zepsuło to jednak nastrojów! Już samo bycie w Gąsienicowej z Olą napawało mnie szczęściem i radością. Pojedyncze wierzbówki nadawały klimat pastelowych obrazów. Chwile posiedzieliśmy pod pasterskim szałasem i ruszyliśmy przez Jaworzynkę do Zakopanego. Nie było czasu do stracenia, słońce zbliżało się do zachodnich szczytów, a chmury coraz bardziej odpływały z każdym podmuchem wiatru. Robił się warun na drogę mleczną.

Dotarliśmy do Zakopca, szybki prysznic i już ok 22 ruszyliśmy dalej – kierunek Łapszanka. Nikt nie mówił, że będzie lekko. O 23 byliśmy umówieni z Piotrem, którego tym razem to my obudziliśmy. Chwilę później dołączył do nas Patryk Sarka. Nie było na co czekać, droga mleczna świeciła nad nami tak wyraźnie jak nigdy. Poważnie, takiej jeszcze nie widziałem! Brak światła księżyca i dość ciemna okolica stwarzały idealne warunki do obserwacji. W takich warunkach konieczne jest bardzo wysokie ISO lub/i długi czas naświetlania. Z długim czasem naświetlania trzeba jednak uważać. Ziema się obraca i gdy naświetlimy zbyt długo gwiazdy wyjdą poruszone. Najlepszym lekarstwem na to jest zastosowanie głowicy – montażu paralaktycznego, który testował Piotr. Naprawdę genialne urządzenie. Zamontowany aparat podąża zgodnie z ruchem gwiazd i można naświetlać nawet do 4 minut bez poruszenia. Zachorowałem na taki cacko! Oczywiście bez głowicy też się da, więc poczyniłem kilka zdjęć. No ale wiadomo, z głowicą byłoby lepiej… może kiedyś. Czas leciał, zmęczenie narastało, trzeba było wracać. Pożegnaliśmy towarzystwo i ok 2:30 zlądowaliśmy w Zakopcu.

Droga mleczna nad ŁapszankąNikon d750, N:18-35 3,5-4 D: ISO 3200, 18mm, 25 sekund, f/4,5

Następnego dnia, tj. 10 sierpnia, o godzinie 13 na Cmentarzu w Olczy towarzyszyliśmy w ostatniej ziemskiej drodze Wojtkowi Czarnemu. Brakuje mi słów i nie jestem w stanie nic więcej napisać… Jeszcze długo nie będę w stanie… ale pominięcie tego wydarzenia w opisie całego wyjazdu wydało mi się nie na miejscu. W zasadzie to wszystko inne szło by pominąć. Wojtek na zawsze będzie w mej pamięci. #AlwaysMore

Wracając zahaczyliśmy jeszcze o Patryka, który zaserwował wyśmienitą kawę. Pod wieczór cało i zdrowo dotarliśmy do Poznania.

 

 

0 komentarzy

Moje zdjęcia na Twojej ścianie!

Zdjęcia mojego autorstwa możesz zamówić w formie fotoobrazów, fotoboardów i najlepszej jakości wydruków fotograficznych.

Przejdź do sklepu

Sesje zdjęciowe od Fotografa Krajobrazu

Jesteś w Zakopanem z rodziną lub przyjaciółmi? Chcesz dobrej jakości pamiątkę z Giewontem w tle? Buduje portfolio górskich sesji plenerowych. Możesz liczyć na spore rabaty!

Sprawdź

Kursy fotografii krajobrazu

Chcesz nauczyć się robić zdjęcia? Nauczę Cie! Zobacz ofertę indywidualnych warsztatów i konsultacji fotograficznych!

Sprawdź